Parę słów o hodowcy, czyli o mnie.
Jestem lekarzem weterynarii i pracuję we Wrocławiu. Od wielu lat zacząłem się interesować kotami. Na początku były to zwykłe dachowce, których najwięcej miała moja siostra. Praktycznie od zawsze byłem otoczony kotami, ale raczej pośrednio, czyli u kogoś. Sam nie miałem kota w domu, ale za to moja żona Justyna od zawsze miała koty w domu i zawsze mile wspominała czasy, gdy była mała i bawiła się z nimi w swoim rodzinnym domu.
Jeśli chodzi o zasady, którymi kieruję się w doborze kotów do mojej prywatnej, małej, amatorskiej hodowli to najważniejszymi z nich są:
-Jak najmniej pokrewieństwa między kotami, które dopuszczam do rozrodu.
-Zdrowie zwierząt na pierwszym miejscu. Z hodowli nie może wyjść kot chory, a wszystkie które w przyszłości się urodzą, a będą miały jakąkolwiek wadę nie zostaną dopuszczone do hodowli, ale pójdą do kogoś do kochania na kolana tzn. nie będą mogły rodzić ani kryć.
-Ważna rzecz to wychowanie w miłości. Koty przytulane i kochane od małego wyrastają na zwierzęta, które chcą obcować z człowiekiem i przynoszą wiele zadowolenia swoim przyszłym właścicielą.
W skrócie można powiedzieć, że dbam o czystość genetyczną, zdrowie fizyczne i psychiczne moich podopiecznych.
Jak powstała hodowla, skąd pomysł?
Wszystko zaczęło się od zwykłej wizyty klientów, u mnie w klinice chorób zakaźnych we Wrocławiu na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej.
Tu pracowałem, robiłem doktorat, leczyłem zwierzęta. W tym dniu miałem właśnie dyżur w ambulatorium. Siedziałem za biurkiem w pokoju czytając jakieś fachowe czasopisma, aż tu nagle telefon. Pani portierka poinformowała mnie o tym, że klient czeka na wizytę pod ambulatorium.
Zszedłem pośpiesznie i cóż zobaczyłem. Była tam Pani, ale bez żadnego zwierzęcia. Zaprosiłem ją do ambulatorium i tak rozpoczęła się rozmowa.
Okazało się, że Pani ta była byłą właścicielką syberyjskiego kota neva masquerade o imieniu Amor, niestety byłą gdyż Amor polował już w krainie wiecznych łowów. Przyczyną tego była bardzo niebezpieczna choroba zwłaszcza dla towarzyszy Amora i jego przyszłych następców. Amor był chory na FIP. Ta nazwa dla wielu hodowców kotów jest jak zmora i dobrze oni wiedzą, że jest to choroba niebezpieczna, śmiertelna i jakoś dziwnym trafem coraz częściej stwierdzana u kotów i jeszcze dziwniejsze, że właśnie u hodowlanych kotów, rasowych, rodowodowych, które większość czasu spędzają w cieplarnianych warunkach zacisznych domów i mieszkań swoich kochających opiekunów.
Rozmowa zaczęła się od pytania: Czy nasza kotka, która nadal żyje i mieszka z nami w domu może być na to chora, czy możemy kupić sobie drugiego kota i czy coś nie będzie mu zagrażać?
Pytanie dość trudne, jak większość tych, które zadają zdezorientowani i nieszczęśliwi właściciele zwierząt, które stracili zwłaszcza w takich okolicznościach.
Na pytanie odpowiedziałem, jak to zwykle bywa w przypadku lekarzy setką pytań, czyli przeprowadziłem tzw. Wywiad lekarski. Po usłyszeniu odpowiedzi doszedłem do kilku wniosków.
-trzeba zrobić wszystkie niezbędne testy w kierunku chorób zakaźnych ocalałej kotce tzn. białaczka kotów, AIDS kotów, FIP, toksoplazmoza. Są to najgroźniejsze, śmiertelne choroby no może oprócz toksoplazmozy, z którą koty mogą żyć nawet całe życie, ale to już inna opowieść.
-jeśli testy wyjdą ujemnie to raczej nic bardzo poważnego nie zagraża nowemu kotu, zwłaszcza FIP.
-Czy u Amora to na pewno był FIP?
Nasze spotkanie dobiegło końca, ale było tylko początkiem znajomości do dzisiaj. Umówiliśmy się na wizytę w celu pobrania materiału do badań od podejrzanej, Bogu ducha winnej całego zamieszania kotki, nawiasem mówiąc zwanej przez nas czarną, gdyż była po prostu najzwyklejszą europejską czarną kicią, która przed przyjściem do domu Amora, była tam jedyną przedstawicielką kociego rodu.
Kolejne nasze spotkania i wydarzenia rozwiały wszelkie moje wątpliwości i teraz jestem już zupełnie pewien tego, co od dawna staram się udowodnić wszystkim, kogo tylko spotkam na mojej drodze: Natura jest niezbadana i nigdy nie zostanie zbadana do końca, jest tak pokrętna i nieprzewidywalna, że nasze wysiłki żeby cokolwiek udowodnić spalą na panewce, a nasze marne sukcesy w walce z chorobami są tylko chwilą jej słabości i cichym przyzwoleniem na wygraną. Kotka okazała się zdrowa jak rydz. Nie znalazłem u niej żadnych powodów do niepokoju i w rezultacie powiedziałem. Proszę spokojnie szukać nowego kota, ale proszę pamiętać, że mamy do czynienia z naturą, teraz my wygrywamy, ale ona ciągle jest, może drzemie, ale pokaże nam jeszcze pazury jak kot, który obudził się właśnie z drzemki i przeciąga się na dywanie wyciągając i wbijając przy tym w niego swoje ostre pazury.
W domu Pani Amora pojawił się, zatem nie jeden, ale od razu dwa koty. Pierwszy Silky, bardzo ładny syberyjczyk neva masquerade w kolorze seal point oraz druga czarno pręgowana point również syberyjka neva masquerade o imieniu Andromeda. Początek nie był zbyt różowy. Oba koty przyjechały już z podejrzeniem grzybicy, zaopatrzone przez poprzednich właścicieli w szczepionki przeciwgrzybicze i do dzisiaj nie wiem w co jeszcze, co miały w sobie. Niektóre z tych rzeczy dały o sobie znać po niedługim czasie.
Silky zaczął się dziwnie zachowywać. Odbieram telefon i słyszę: panie Marku z Silkim dzieje się coś dziwnego. Lekko stracił apetyt, więcej śpi, nie chce się tak często jak wcześniej bawić z Andromedą. Objawy nietypowe, mogące wskazywać na początek rozwoju każdej choroby. Pech chciał, że właśnie galopowałem po lesie na gniadym koniu o imieniu Gandziaro w pewnej odległości od Wrocławia i raczej nie zapowiadało się żebym szybko tam wrócił.
Powiedziałem, proszę pojechać do innego lekarza, niech go lepiej obejrzy lub proszę jeszcze poczekać z dzień dwa na rozwój ewentualnej choroby.
Okazało się, że Silkiemu nie przechodziło, a raczej zdawało się pogarszać. Silky trafił nie przez przypadek do mojego mistrza w fachu, u którego zdobywałem wiedzę jeszcze na studiach. Tam również właścicielka Silkiego leczyła i musiała uśpić Amora.
Objawy choroby i wyniki badań Silkiego wskazywały na zatrucie, tak zdiagnozował chorobę lekarz i wprowadził właściwe dla tych objawów leczenie, ale niestety wyniki były mierne.
Po moim powrocie do Wrocławia ja przejąłem leczenie Silkiego, niestety na początku również z miernym efektem, choć podtrzymywałem teorię mojego mistrza i postępowałem podobnie jak on.
Stan Silkiego pogarszał się, do tego doszło jeszcze wodobrzusze. Brzuch Silkiego rósł, wypełniał się płynem, a my nic na to nie mogliśmy poradzić. Ilość lekarzy, którzy byli zamieszani w jego leczenie była zastraszająca. Wszyscy koledzy z Kliniki Zakaźnej i koledzy z Interny, profesor z Warszawy. I tu może się zatrzymam. Dlaczego profesor aż z Warszawy? Profesor ten jest znany ze swej wiedzy na temat chorób zakaźnych. Zdarzyło się, bowiem jednego wieczoru, że zmęczony dniem i ciągle myśląc o Silkim wziąłem do ręki książkę profesora i udałem się do łazienki wziąć relaksującą kąpiel. Przeglądając strony książki nagle wpadłem na ciekawy rozdział. Przeczytałem o rzadkiej chorobie, która może występować u kotów i której objawy bardzo dobrze pasowały do objawów choroby Silkiego. Jak Archimedes krzyknąłem eureka i wypadłem z wanny z myślą, że mam w końcu rozwiązanie sprawy z Silkim. Tą tajemniczą chorobą była zakaźna anemia kotów. Objawy tej choroby idealnie pasowały do objawów naszego biednego kociaka. Bakteria, która wywołuje tą chorobę co 60 dni wysiewa się do krwiobiegu, przykleja się do czerwonych krwinek i tam sobie pasożytuje. Układ odpornościowy kota zaczyna zwalczać te bakterie, przy okazji zjadając własne czerwone krwinki. Tak powstaje anemia. Oprócz tego bakteria może niszczyć wątrobę, śledzionę i inne organy wewnętrzne oraz może prowadzić do wodobrzusza.
Natychmiast zebrałem wszelkie informacje jakie tylko istnieją w książkach i Internecie na temat tej choroby, a okazało się że zajmują się nią już od dawna amerykanie.
Niestety podstawowym warunkiem wyleczenia tej choroby jest bardzo wczesne uchwycenie objawów, rozpoznanie jej i zastosowanie odpowiedniego leczenia. Tak szybka reakcja ma szanse na powodzenie. Natomiast każdy następny atak choroby obniża szanse na wyleczenie. Poza tym większe szanse na wyleczenie mają kotki niż kocury i do dzisiaj nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że płeć żeńska jest po prostu silniejsza lub z powodu jakiś uwarunkowań genetycznych.
Niestety Silkiego nie udało się już uratować, ale Andromeda również zachorowała. Objawy pokazały się u niej trochę później, dlatego leczenie poskutkowało. Tak a pro po, brat Andromedy, który mieszkał w Warszawie również zachorował. Był leczony podobnie jak Silky i z podobnym rezultatem. Dopiero gdy lekarze z Warszawy otrzymali ode mnie informację o tej chorobie rozpoznali ją u niego, ale było już za póżno.
Andromeda wyzdrowiała, ale w domu był ciągle tylko jeden kot syberyjski, a Pani marzyła o swoim własnym kocurku, który byłby taki jak Amor.
Dlatego odpowiednio przebadana i przygotowana Andromeda pojechała do Łodzi na spotkanie ze swoim mężem. Z tej wycieczki wróciła już w ciąży.
Właścicielka Andromedy powiedziała: Jak urodzą się dwa koty to jednego dam Panu. Ja powiedziałem: chętnie wezmę, ale najlepiej gdyby to była kotka. To dobrze: powiedziała Pani, ja wezmę kocura, a pan kotkę.
Urodziły się dwa kocurki!!! Pierwszy z trudem przyszedł na świat ze względu na swoje rozmiary, drugi wyskoczył jak z procy.
No i cóż nam zostało, wzieliśmy naszego Barona i wcale nie żałujemy. Po półtora
roku życia naszego Barona stwierdziliśmy, że nudzi
się sam w domu, kiedy nas nie ma i sprowadziliśmy mu
piękność żonę prosto z Petersburga. Żona Barona ma
na imię Flora.
Tak właśnie powstała hodowla, która dochowała się
już czterech miotów niezwykle pięknych i
zdrowych!!!!